Świadectwo Sylwi
Pierwsze objawy pojawiły się pod koniec listopada. Lekarz rodzinny podejrzewał niewyleczoną infekcję. Po kilku dniach przyjmowania antybiotyku stan się pogarszał – osłabienie organizmu szybko postępowało. Lekarz zmienił antybiotyk. Po nim też było tylko gorzej. Mam z trudem udała się na kolejną wizytę. Lekarz, mocno zaniepokojony, zlecił badania i konsultację specjalisty w szpitalu i pobyt u niego na oddziale. W szpitalu wykonano szczegółowe badania. Czekano na wyniki, by wdrożyć odpowiednie leczenie. Mama była coraz słabsza.
W tym czasie poprosiłam o modlitwę wstawienników Duchowego Szpitala św. Jadwigi Królowej, a także innych znajomych. Każdy dzień przynosił niepewność i obawę, co będzie. Ale szybko zaczęły dziać się „małe cuda” – Pan czuwał nad leczeniem. Pozornie przypominało to „zbiegi okoliczności” – pojawianie się specjalistów, ich konsultacje, które przynosiły światło i nadzieję, że powoli pojawia się kierunek leczenia. Wyniki też nie potwierdziły najgorszej z oczekiwanych diagnoz. Wykluczono śmiertelną chorobę. Po przyjściu wyników wdrożono leczenie, które powoli przynosiło poprawę. Mama była na tle słaba, że wiedziała, że w domu – mimo najlepszej opieki – nie będzie miała takiej pomocy jak w szpitalu. Była gotowa zostać na święta Bożego Narodzenia na oddziale. Lekarz prowadzący stwierdził, że jest jeszcze kilka dni i powinno się poprawić na tyle, że będzie mogła zostać wypisana. Tak się też stało. Miała jeszcze po świętach wrócić do szpitala, jak się trochę wzmocni, bo na początku stycznia miała mieć wykonaną operację. Zarówno lekarz prowadzący, jak i ordynator sugerowali, że operację trzeba wykonać szybko, „bo nie wiadomo czego się spodziewać”.
Po świętach Mama wykonała badania u lekarza specjalisty, który ze zdziwieniem zapytał, o jakiej operacji mówią lekarze. Znał ich – to dobrzy specjaliści, ale badania nie pokazały niczego, co wymagałoby interwencji chirurgicznej. Był zaskoczony, że tak doświadczeni lekarze, widzieli to inaczej. Trudno to wytłumaczyć inaczej jak cudownym uleczeniem.
Potem jeszcze pojawił się jeden cud – pani doktor zajmująca się właśnie tą specjalizacją, spoza szpitala, który na podstawie wglądu w dokumentację medyczną, stwierdził, że diagnoza z karty leczenia szpitalnego wg niej nie jest realna. Mama będzie się zbierać w sobie, potrzebuje jeszcze kilku miesięcy po tak poważnym osłabieniu, ale ma się ku życiu.
To były wyjątkowe Święta Bożego Narodzenia – w bardzo wąskim gronie, ponieważ Mama nie mogła mieć kontaktu z wnukami, by się niczym nie zarazić. W jej stanie nadal byłoby to bardzo niebezpieczne. Ale były to wyjątkowe Święta – celebrowanie Życia. Nowej Szansy. Najważniejsze, że była z nami! Przy łamaniu się opłatkiem popłynęły łzy, bo wiedzieliśmy, że przed nią operacja i nie wiadomo, czy za rok będzie z nami. Wiedzieliśmy, że jest lepiej, ale to jeszcze nie koniec leczenia.
Kilka miesięcy później lekarz prowadzący zmarł. Nic tego nie zapowiadało – był w sile wieku. Miał pod opieką pacjentkę, która – patrząc po ludzku – nie rokowała. Jakby był wtedy postawiony tam przez Pana, by pomóc. Pamiętam też słowa ks. Rafała Jarosiewicza. Poprosiłam go o modlitwę. Zadzwonił pewnego dnia i powiedział: „Słuchaj, nie wiem, co będzie, ale miałem taki obraz: widziałem Pana Jezusa, jak idzie z Twoją Mamą i Tobą. Idzie między Wami i trzyma Was za ręce. On jest z Wami w tym doświadczeniu. Przeprowadza Was przez nie”.
Dziś ten obraz wszystko mi wyjaśnił. Mama naprawdę była zaopiekowana przez Pana w czasie tego doświadczenia. Nadal jest pod opieką lekarską. Nie wszystkie wyniki są dobre, ale obecność Pana w tym doświadczeniu jest niemal namacalna. Ufam, że jest w tym nadal i światło Ducha Świętego będzie towarzyszyło kolejnym lekarzom prowadzącym leczenie.
W imieniu Mamy i całej naszej Rodziny bardzo dziękuję za modlitwę.
Sylwia